Zima stulecia w Polsce przydarzyła się nieraz - czasami wystarczyło zaledwie kilka stopni mrozu
"Nam nie trzeba Bundeswehry, bo wystarczy minus cztery" - kpili Polacy z bezradności władz wobec mrozu i śniegu. A rząd mówił o zimie stulecia i apelował o dodatkowe wydobycie węgla.
Najsłynniejsza, ale nie najbardziej mroźna "zima stulecia" przydarzyła się w powojennej Polsce na początku 1979 r.: stanęły pociągi, zamknięto wiele zakładów, a auta utknęły w śnieżnych zaspach nawet w centrum Warszawy. Do legendy przeszło zrobione w tamtym czasie tuż przed hotelem Bristol zdjęcie, na którym widać grupę Warszawiaków pchających miejski autobus. Wykonał je fotoreporter PAP Andrzej Rybczyński.
Klęska zaczęła się ostatniego dnia starego roku od gwałtownych opadów śniegu. Sypało przez całą noc sylwestrową, a w dodatku obniżyła się temperatura. W Warszawie termometry wskazywały minus 21 stopni, a np. w Suwałkach i na Podlasiu – minus 26.
W całej Polsce trwała śnieżyca oraz śnieżne zadymki. Wiatr wywołany różnicą ciśnień między wyżem znad Skandynawii, a niżem przechodzącym nad południową Polską osiągał ponad 50 km na godz. Z tego powodu zaledwie udało się odśnieżyć jakiś odcinek drogi, zaraz pokrywał się on nową warstwą. Najgorzej było na północy. Na Bałtyku siła wiatru dochodziła tam do 11 st. w skali Beauforta, przez co zamarł ruch w porcie gdańskim. Pomimo 20-stopniowego mrozu pracował za to port w Szczecinie. Półwysep Helski i rejon Pucka w ogóle zostały odcięte od reszty kraju.
Centralny Zarząd Dróg Publicznych informował o wyłączeniu z ruchu 36 tys. km dróg, ale w tym rejestrze nie uwzględniono dróg lokalnych. Wysokość pokrywy śnieżnej sięgała w niektórych miejscach trzy metry.
"Setki autobusów i samochodów osobowych ugrzęzło w zaspach" - informowało "Życie Warszawy".
Śnieg zasypał rozjazdy szynowe, zwrotnice i inne urządzenia kolejowej infrastruktury. Zamarzły urządzenia stacyjne. Pękały szyny i przewody trakcyjne. Pociągi miały kilkunastogodzinne opóźnienia. Odwołano ok. ośmiuset połączeń pasażerskich. Ministerstwo Komunikacji przyznało priorytet składom towarowym wiozącym węgiel i mazut do elektrociepłowni. Na drogach najważniejszymi pojazdami stały się pługi i ściągnięte z placów budowy spychacze używane do usuwania śniegu.
Reżysera Filipa Bajona zima zastała w podróży do Łodzi i zainspirowała do nakręcenia filmu "Bal na dworcu w Koluszkach" – historii o perypetiach pasażerów unieruchomionego przez zaspy pociągu.
Władze, które przez poprzednie lata chwaliły się, że Polska stała się przemysłową potęgą, okazały się bezradne: ludzie marzli w nieogrzewanych mieszkaniach (o tym w prześmiewczy sposób opowiedział w jednej ze scen "Misia" Stanisław Bareja), trzeba było zamknąć szkoły i przedszkola, a także wiele zakładów.
Dowodem na powagę sytuacji było np. na to, że rząd zebrał się na nadzwyczajnym posiedzeniu już w Nowy Rok, a w niektórych województwach ogłoszono stan klęski żywiołowej. Problem polegał na tym, że wielu decyzji – np. obowiązek zapewnienia stałego dopływu ciepła do mieszkań - nie można było wprowadzić w życie. Elektrociepłownie pracowały wprawdzie na pełnych obrotach, choć w niektórych węgiel zamarzł na zwałach, ale na niewiele to się zdało. Kaloryfery w blokach były w najlepszym wypadku letnie, bo znaczna część ciepła marnowała się po drodze. Dała bowiem znać o sobie zła jakość prac budowlanych i montażowych.
Rządowi pozostało więc głównie apelować i prosić: o oszczędzanie energii, o pomoc w odśnieżaniu i zabezpieczanie mieszkań przed ubytkami ciepła. Wykonanie tej ostatniej prośby nie było jednak proste, gdy sporo ciepła uciekało przez wykonane z prefabrykatów ściany bloków.
Jak ponury żart został przez wielu mieszkańców Górnego Śląska przyjęty apel wojewody katowickiego, by kierowcy prywatnych samochodów korzystali z komunikacji miejskiej. Po pokrytych grubą warstwą śniegu ulicach autobusy kursowały bowiem rzadko, a o punktualnym dotarciu do pracy trudno było marzyć.
W telewizyjnych relacjach (monopol na nie miało państwo, bo prywatnych stacji nie było) zaroiło się od słów o "walce", "ataku" oraz "mobilizacji", co sprawiało wrażenie jakby wybuchła wojna. Po Polsce zaczęła więc krążyć rymowanka "Nam nie trzeba Bundeswehry, bo wystarczy minus cztery".
W gazetach, które z powodu kłopotów z dostarczeniem odpowiedniej ilości papieru ukazywały się w zmniejszonej objętości, pokazywano odśnieżających drogi żołnierzy i milicjantów, a na Śląsku superbohaterami stali się górnicy, którzy obiecywali wydobyć dodatkowe tony węgla i narzekali tylko na to, że kolej nie nadąża z podstawianiem wagonów.
"Ludzie rzetelnej pracy wielkoprzemysłowego regionu ofiarnie i wytrwale przełamują trudności, jakich przysparza trwający atak zimy. Górnicy, energetycy, transportowcy, pracownicy służb komunalnych, żołnierze LWP, funkcjonariusze MO, ORMO-wcy, a także młodzież studencka i harcerze od wielu dni koncentrują wysiłek, by jak najlepiej wykonać przypadające każdemu zadania planowe i obowiązki obywatelskie — dostarczyć tak potrzebnych krajowi surowców i wyrobów, zapewnić naszym miastom i wsiom w miarę normalne warunki życia" – pisał autor reportażu w "Trybunie Robotniczej", organie prasowym katowickiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
Cenzurą objęte były wiadomości o śmiertelnych ofiarach mrozu. Według oficjalnych danych było ich czternaście.
Na szczęście po kilku dniach, już 6 stycznia, mrozy nieco zelżały. Za to w połowie lutego znów obficie spadł śnieg – w stolicy było go aż 70 cm.
Poprzednia "zima stulecia" zdarzyła się w Polsce zaledwie siedemnaście lat wcześniej – w styczniu i lutym 1963 r. Pierwsze doniesienia o obfitych opadach śniegu przyszły z Wielkiej Brytanii, gdzie z tego powodu doszło do katastrofy kolejowej. W zderzeniu dwóch pociągów na trasie Liverpool — Birmingham zginęło 18 osób, a 60 zostało rannych. Kilkunastostopniowy mróz nawiedził z kolei w Szwajcarii rejon Genewy, a we Włoszech – Kalabrię. W połowie stycznia 1963 r. zima ogarnęła też Polskę. Wiele wiosek zostało praktycznie odciętych od świata. Najpewniejszym środkiem umożliwiającym dojechanie do najbliższego miasta były furmanki. Pługi śnieżne i spychacze nie dawały sobie z usuwaniem śniegu. Śnieżyce sparaliżowały też komunikację kolejową. Do odśnieżania torów i rozjazdów kierowano codziennie tysiące osób, ale pociągi pasażerskie i tak odjeżdżały z dużymi opóźnieniami. Składy towarowe, przede wszystkim z węglem, miały pierwszeństwo. Jednak i one kursowały rzadko, bo po każdej mroźnej nocy kolejarze odkrywali nowe przypadki pęknięcia szyn.
PAP, a za nią wszystkie dzienniki pisały, że trwa bitwa o tory. Militarny język był w tym wypadku uzasadniony, bo kolejarzom w usuwaniu zasp i odkopywaniu pociągów pomagali żołnierze. Wojsko zostało zaangażowane również do odśnieżania miast. W Katowicach na ul. Mikołowskiej użyto nawet czołgów, bo tylko one dawały sobie radę ze zbrylonym śniegiem. "Pod ich ciężarem niespotykanej wielkości koleiny pryskały, jak bańki mydlane" – opisywała efekt działań czołgów "Trybuna Robotnicza". W innych artykułach wzywała zaś do wyłączania "zbędnych" urządzeń elektrycznych. "Oszczędność energii elektrycznej powinna obowiązywać nie tylko w mieszkaniu lub w biurze, lecz również na ulicy, Wydaje się, iż byłoby rzeczą słuszną, by w okresie trudności zrezygnować na pewien czas z zapalania prądożerczych neonów i wygaszać niektóre wystawy – apelowała.
18 stycznia 1963 z własnym apelem o pomoc do górników zwrócił się premier Józef Cyrankiewicz. "Niezwykle ostra i uciążliwa zima spowodowała szereg trudności w gospodarce i życiu codziennym społeczeństwa. W całym kraju odczuwa się dotkliwy brak węgla. (…) Zwiększone zapotrzebowanie węgla w gospodarstwach domowych, szpitalach, szkołach, przemyśle i komunikacji, spowodowany obecną ostrą zimą, musimy bezwzględnie zaspokoić, jeśli nie chcemy dalszego pogorszenia sytuacji, co odbiłoby się boleśnie na całokształcie naszego życia – podkreślał szef rządu. W następnych akapitach odwołał się do patriotyzmu i na koniec wreszcie poprosił o dodatkową pracę przez dwa miesiące w niedziele. Ponieważ soboty były w tamtym czasie zwykłymi dniami roboczymi sens apelu Cyrankiewicza sprowadzał się do tego, by górnicy pracowali na okrągło.
Na odpowiedź nie musiał długo czekać: już 19 grudnia zebrał się Zarząd Związku Zawodowego Górników (jedynego, jaki w tamtym czasie działał w górnictwie) i powiadomił, że aktyw samorządów robotniczych zapewnił "o pełnej gotowość górników do realizacji zwiększonych zadań".
"Zima stulecia" w 1963 r. dawała się we znaki do końca lutego. Swego rodzaju podsumowanie kataklizmu sporządziła "Trybuna Robotnicza" – chwaląc tych, którzy okazali w trudnych chwilach "ludzkie odruchy". Za przykład podano zdarzenie na osiedlu Koszutka w centrum Katowic. "Pewnego ranka przed jednym z przedszkoli płacz, rozpacz i rwetes: nie zjawił się palacz, mający przy sobie klucze od wejścia. Część dzieci przyszła z rodzicami i te wróciły do domu, ale co robić z maluchami, które przybyły do przedszkola same, bo matki pracują? Do tragedii nie doszło — niepracujące kobiety z pobliskich bloków zabrały zmarznięte dzieciaki do siebie, napoiły gorącą herbatą" – relacjonowała gazeta. Nie podała jednak, czy wobec palacza wyciągnięto jakieś konsekwencje.
Odrobina krytyki, co było raczej rzadkie w PRL-u, spotkała za to organizacje społeczne, bo – według komentatora "Trybuny" wykazały one za mało inicjatywy.
"Ośmielimy się wysunąć pogląd, iż efekt byłby szybszy, pełniejszy, a szkody gospodarcze mniejsze, gdyby mobilizacja do walki ze śniegiem nastąpiła odrobinę prędzej. Te uwagi dedykujemy w szczególności masowym organizacjom społecznym takim jak: ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej – PAP), harcerstwo, LOK (Liga Obrony Kraju) czy komitety blokowe. Do nich bowiem w znacznej mierze powinno należeć szybkie, oddolne organizowanie inicjatywy obywatelskiej przy odśnieżaniu i zabezpieczaniu żywotnych obiektów. Najlepszy silnik zbudowany z najszlachetniejszego nawet materiału, wymaga jednak sprawnego rozrusznika. Jeśli będziemy o tym na przyszłość pamiętać, możemy zbytnio nie obawiać się kaprysów zimowej aury. Ludzi mamy dobrych — nie zawiodą" – brzmiała puenta organu wojewódzkiego PZPR.
Ostatnia "zima stulecia" w czasach PRL przydarzyła się na początku 1987 r. Styczeń był najchłodniejszym od początku XX wieku, a Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej podał, że temperatury minimalne dochodziły do minus 35 stopni. Rekord odnotowano w Białymstoku (przy gruncie było nawet minus 40 stopni), a w Terespolu i Kielcach o zaledwie jeden stopień było cieplej. W Warszawie mróz doszedł do 28,5 st., a kłopoty spotęgowały opady śniegu.