Ten deser robiłam pierwszy raz zeszłego lata, trochę z przypadku. W lodówce zostały dwa jogurty greckie, garść mrożonych malin i miód, który ktoś przywiózł z Bieszczadów. Połączyłam to wszystko bez żadnego przepisu, wstawiłam do zamrażarki i zapomniałam o sprawie na cztery godziny. Efekt był lepszy niż niejeden lód z kawiarni.
Czego potrzebujesz - i to naprawdę tylko tyle:
Na cztery porcje wystarczy 500 g jogurtu greckiego (im tłustszy, tym kremowiej wyjdzie), 200 g ulubionych owoców - świeżych albo mrożonych, 3 łyżki miodu lub syropu klonowego, łyżeczka ekstraktu waniliowego i opcjonalnie garść orzechów lub granoli do posypania.
Owoce możesz wybrać dowolnie - maliny i mango to klasyk, ale świetnie sprawdzają się też borówki, brzoskwinie albo truskawki prosto z lokalnego straganu. Teraz w sezonie szkoda byłoby nie skorzystać.
Jak to zrobić, żeby wyszło:
Jogurt mieszasz z miodem i wanilią - tylko tyle, żeby się połączyły, bez ubijania. Owoce możesz wmieszać w całości albo lekko rozgnieść widelcem, jeśli wolisz efekt przypominający lody owocowe z różowymi smugami. Całość przelewasz do foremki keksowej wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiasz do zamrażarki na minimum cztery godziny - najwygodniej przygotować wieczór wcześniej i rano mieć gotowe.
Przed podaniem wyjmij deser z zamrażarki na 8-10 minut wcześniej - wtedy daje się kroić i nie jest skałą. Posyp granolą albo posiekanymi pistacjami, polej odrobiną miodu i gotowe.
Całość robi się w dosłownie dziesięć minut. Reszta dzieje się sama, bez Twojego udziału - i o to właśnie chodzi w kuchennych wakacjach.